Burnout 3: Takedown

(Don’t) Stay in Shadow*
Twórcy raczej mało popularnego (w stosunku do opisywanej trzeciej części) Burnouta – studio Criterion Games niczym szczury opuścili tonący statek o nazwie Acclaim, by zająć się drugim już sequelem Burnouta pod banderą Electronic Arts. Czy ta z pozoru błaha zmiana przyniosła grze jakieś większe korzyści? Oczywiście. Szczegóły w recenzji.

Producent: Criterion Software
Wydawca: Electronic Arts
Dystrybutor: Electronic Arts Polska
Premiera światowa: 7-09-2004
Premiera polska: 9-09-2004
Gatunki: wyścigi samochodowe, zręcznościowa
Tryby gry: single, multi
Wymagania techniczne:
Minimum wiekowe:
Inne platformy: PS2
Recenzja

C’mon C’mon*
Od razu zaznaczę, że nie jestem fanem wcześniejszych Burnoutów. Powodów jest sporo, jak dla mnie nie powalały grywalnością, były wręcz nudnawe. Zapewne wielu z Was domyśla się teraz jaką miałem minę, gdy dostałem ową grę do recenzowania… notabene z własnej woli 🙂 – nikt kto ma konsolę jej nie chciał. Całkiem niesłusznie, jak się po kilku minutach okazało…
Burnout 3: Takedown to przede wszystkim zabójcza grywalność. Grywalność, która może zachwycić nawet graczy z “innej półki”. Gra potrafi wzbudzić niezwykle silne emocje, a to za sprawą doskonale odwzorowanego uczucia prędkości oraz kilku nowinek wprowadzonych do serii. Od teraz możemy między innymi neutralizować naszych przeciwników. A sposobów neutralizacji jest kilka. Można na przykład zepchnąć samochód opponenta prosto na nadjeżdżającą ciężarówkę, bądź po prostu wypchnąć z trasy. Za takedown’y, bo tak nazywają się owe neutralizacje dostajemy punkty oraz uzupełniamy nasz pasek boosta, czyli popularnego nitro, NOSa, dopalacza czy jaką to jeszcze ma nazwę. Jest jednak druga strona medalu, nasi przeciwnicy mogą robić to samo nam, a dodam, że bardzo często korzystają z tej opcji. Wówczas spada nam poziom boosta i oczywiście cenne (czasami) sekundy. Jeśli jakiś przeciwnik nas rozwali to nic straconego – podczas gdy nasz pojazd szybuje, bądź ślizga się po asfalcie nadal mamy możliwość sterowania nim. Oczywiście nie pełnego, ale mamy wpływ na to, w którą stronę poleci samochód, należy wspomnieć jednak, że odbywa się to w zwolnionym tempie, a sterowanie jest wtedy opóźnione. Jeśli sprawimy, że nasz samochód, a raczej jego wrak uderzy w pojazd przeciwnika to dostaniemy wówczas punkty, tak jak w przypadku innych takedownów. Taki “trick” nazywa się w grze Aftertouch Takedown.
Skoro przy takedown’ach jesteśmy to warto wspomnieć o kolizjach, które wywołują. Już w poprzednich częściach były one niezłe, ale dopiero w części trzeciej twórcy pokazali o co naprawdę im chodziło. Podczas zderzenia szkło sypie się gęsto, a blacha gnie jak akordeon. Do tego podpięta jest wspaniale odwzorowana fizyka. Sprawia to, że wiele razy specjalnie wywoływałem kolizje, tylko po to by delektować się rewelacyjnym dźwiękiem sypiących się kryształków szkła oraz zobaczyć jak tym razem poszybuje samochód i jakie będą uszkodzenia. Jest to bez wątpienia najciekawsza i najbardziej widowiskowa część gry.
Takedown’y, kolizje… czas na samochody, które są ich nieodłącznym elementem. Jest ich łącznie 67, choć aby nimi jeździć większość trzeba odblokować. 67 aut to całkiem niezła liczba, choć należy powiedzieć, że są to auta nielicencjonowane i niestety większość z nich wygląda niemal tak samo. Nie zmienia to jednak faktu, że modele są ładnie wykonane. Samochodami w obrębie danej klasy steruje się identycznie, to jednak nie dziwi, w końcu gra jest zręcznościówką. Klas jest kilka: Compact series, Muscle series (Mustango podobne itp), Coupe series , Sports series, Super series (auta “bardzo sportowe” :), Special series (specjalne bonusowe fury) oraz Heavyweights (ciężkie samochody do trybu Crash).
Audio Blood*
Dźwięk – kolejny wyśmienity element gry. Electronic Arts znane jest od jakiegoś czasu z tego, że w swoich produkcjach zamieszcza obszerną i licencjonowaną ścieżkę dźwiękową (EA Trax). Tak było i tym razem. Mamy więc do wyboru 42 kawałki głównie rocka i wielu jego odmian. Muzyka zamieszczona w grze doskonale pasuje do emocji towarzyszących nam podczas wyścigów. Niemal wszystkie utwory mi się podobały, choć znajdą się pewnie osoby, którym rockowe brzmienie może nie przypaśc do gustu. O gustach się jednak nie dyskutuje, a recenzja to subiektywne spojrzenie na grę, stąd taka a nie inna ocena tego akapitu 🙂
Nowością w serii i to całkowicie pozytywną jest również radio a’la to z najnowszych odsłon serii GTA. Podczas jazdy słuchamy zazwyczaj śmiesznych wtrąceń radiowego DJa z radia o wdzięcznej nazwie CRASH FM 🙂 “Radio mode” można jednak wyłączyć w opcjach dźwięku. Dobrze, że dodano taką opcję, gdyż docinki komentatora po kilkunastu godzinach grania potrafią nieźle zanudzać.
Co do dźwięku to powiem, że nie zostaje on daleko w tyle, choć mógłby być nieco lepszy. Wszystkie samochody w obrębie jednej klasy brzmią podobnie, jeśli nie jednakowo. Poza tym jest O.K. – przejeżdżąjąc koło innych samochodów słychać charakterystyczny świst, a huk podczas wypadku i towarzyszące mu wspomniane wcześniej odgłosy tłuczącego się szkła oraz gnącej się blachy po prostu rządzą.
Video Blood 🙂
Grafika – element gry, który został najmniej zmieniony w stosunku do drugiej części serii. Nie oznacza to jednak, że jest źle. Jest bardzo dobrze. Dodano realistyczne odbicia na karoseriach samochodów, które są dużo lepsze niż choćby w NFS:U2; oślepiające odbicia słońca od różnych powierzni i wiele innych ciekawych elementów sprawiających, że Burnout 3 pod względem grafiki jest grą niemal doskonałą. Wystarczy przejechać się po alpejskiej trasie, gdzie pełno jest śniegu – aż chciałoby się założyć okulary przeciwsłoneczne! Bardzo ładnie i przede wszystkim szczegółowo przedstawiają się wszystkie lokacje występujące w grze.
Nie ma jednak róży bez kolców. O ile cały krajobraz z perspektywy pędzącego samochodu wygląda wspaniale, o tyle po zatrzymaniu się już nie bardzo. Wszystko jest niezwykle statyczne i bardziej tekturowe. Dodatkowo niektóre elementy lokacji, takie jak posągi, krzewy czy nawet niektóre budynki pulsują, zmieniając nieznacznie swoje położenie. Nie jest to jednak poważna ujma, bowiem aby ją ujrzeć należy się zatrzymać, a trudno to uczynić 🙂
Tryby gry
Jest ich kilka. Najważniejszy z nich to oczywiście race, w którym naszym zadaniem jest dojechanie możliwie jak najszybciej do mety. Jego “podtrybem” jest face-off, czyli wyścig jeden na jednego, “mano a mano” jak mawia nasz radiowy komentator. Tryb ten jest dużo trudniejszy od zwykłego wyścigu – liczy się w nim praktycznie każda sekunda i nie zawsze pomaga takedown’owanie przeciwnika, a to dlatego, że nadzwyczajnie szybko potrafi nas dogonić. Kolejnym godnym wymienienia trybem jest time attack. Tłumaczyć chyba nie muszę – wyścig na czas. Najbardziej interesującym ze wszystkich (IMHO) jest oczywiście road rage, w którym naszym zadaniem jest niszczenie pojazdów przeciwników. Miłośnicy takedown’ów powinni być zachwyceni. W trybie tym mamy jednak limit czasu w którym musimy się zmieścić oraz limit uszkodzeń naszego pojazdu. Ostatnim który wymienię jest tryb o wdzięcznej nazwe Crash. Chodzi w nim o to by jak najskuteczniej sparaliżować ruch na danej drodze. Głównie są to skrzyżowania. Rozpędzamy się naszym samochodzem i “wbijamy” się prosto w sznur jadących wolno (a czasami szybko) samochodów.
Jeśli chodzi o opcje dla wielu graczy to jest ich całkiem sporo. Na jednej konsoli może grać jednocześnie do 4 graczy, choć takie rozwiązanie nie jest zbyt ciekawe – dużo gorsza grafika oraz małe pole widzenia, bowiem ekran podzielony jest na cztery różne części. Jeśli chcemy grać w trybie split-screen to w grę wchodzi tylko opcja dla dwóch osób. Możemy również łączyć się przez Xbox Live! oraz połączyć dwie konsole w sieci.
Podsumowanie
Burnout 3: Takedown, jak powiedziałem już wcześniej jest grą niemal dla każdego gracza, który nie boi się zastrzyków… zastrzyków emocji oczywiście. Wspaniała grafika oraz dźwięk tylko te emocje potęgują.
Boost, boost baby!
* tytuły akapitów z gwiazdkami to tytuły piosenek ze ścieżki dźwiękowej gry.

Gabor [Kismeth] Kerenyi

Leave a Comment

Your email address will not be published. Required fields are marked *